No dobra.
Nie mieszajmy pojęć
Co innego polska plujka - byle jaka kawa zalana byle jak byle jaką wodą o byle jakiej temperaturze w byle jakiej zimnej szklance (pewnie jeszcze z zimnym mlekiem dolewanym do środka). Wymysł PRLu, gdy sztuka parzenia kawy zanikła (podobnie jak dobra polska kuchnia - został schabowy i pomidorowa z koncentratu z ryżem).
A co innego kawa single origin (jednorodna) palona na cynamonowy kolor, umieszczona w odpowiedniej ilości w naczyniu i zalana wodą o odpowiedniej temperaturze. I testowana po bodajże minucie od zalania.
Oni wiedzą, co robią.
Zauważmy tę różnicę.
A teraz trzeba Polakom, zagubionym przez PRL, pokazać, że bywają też inne metody: nie tylko ekspresso w kawiarni (przedłużone w nieskończoność ekstrakcje - fuj!) i zalewajka/rozpuszczalna w domu. Chciałabym, żeby ludzie chcieli się delektować... Nie tylko - pić dlatego, że się chce pić, a jeść, bo jest się głodnym. Pisałam chyba o tym już w innym wątku.
Kwestia pojedynczych gatunków, i tego, czy palenie wszystkiego na ciemny kolor ma sens, i tego, czy ekspres ciśnieniowy to najlepszy sposób na każde ziarenka to zupełnie osobny temat. Na spotkaniu w Poznaniu mieliśmy okazję testować Kopi Luwak (espresso), która niestety została zbyt ciemno upalona. Było jej też zbyt mało, by odpowiednio ustawić młynek. I może przez to nie powaliła mnie ona smakiem? Blue Mountain - podobnie... Piłam w życiu Blue Mountain o smaku i zapachu kwiatków, tak lekkim i słodkim, że kręciło się w głowie... Chyba trzeba mnóstwo o tym wszystkim wiedzieć, by dla każdej kawy dobrać idealne warunki...
Tak więc - nie mieszajmy pojęć...
